czwartek, 16 lutego 2012

Moje przemyślenia po połówce

Rozegrano już 4 z 8 zaplanowanych meczów 1/8 finału Ligi Mistrzów. Udało mi się jakimś cudem obejrzeć dwa z nich, mianowicie Bayer-Barcelona i Milan-Arsenal. A że przypomniałem sobie o prowadzeniu bloga, to postanowiłem skrobnąć coś na temat obejrzanych przeze mnie spotkań.
Na początek o Katalończykach: zagrali kiepsko. Obrońcy powinni na kolanach dziękować Sanchezowi za zdobycie dwóch bramek. Ostatni raz, tak nieudolną Barcelonę widziałem jak jeszcze miała Deco w swoim składzie. Wprawdzie mecz został przez nich wygrany, awans jest na 86% pewny, lecz jak będą grać dalej w ten sposób to polecą w ćwierćfinale. Zostanie im wtedy jedynie walka o Puchar Króla. Szkoda, że Niemcy nie zorientowali się, iż Barca jest słabsza niż zwykle. Gdyby wpadli na to wcześniej, to ich gra nie wyglądałaby tak, jakby im ktoś jaja powiązał. Rewanż na Camp Nou będzie formalnością.
Podobnie jak mecz na Emirates. Ostatni raz Arsenal dostał tak po twarzy w LM, podczas wizyty w Barcelonie, a wtedy miał po swojej stronie coś więcej niż sam Van Persie w ataku. W meczu z Milanem, obrona Kanonierów nie funkcjonowała po zejściu Kościelnego, pomocnicy byli po to na boisku, bo ktoś im powiedział że żółty ładnie wygląda na zielonym, a napastnicy strzelali ślepakami. Celowo o Szczęsnym nie piszę, bo co on mógł zrobić przy tak fatalnej grze obrońców. Ten mecz pokazał, że Wegner musi kupić jakiegoś klasowego zawodnika do środka pola, bo po Fabregasie pusto tam, aż huczy. I pomyśleć, że oni chcą być w Premier League przed Tottenhamem. Z taką grą jedyne o co mogą powalczyć, to awans do Ligi Europejskiej. Wegnerowi i reszcie pozostaje modlitwa, by nie doszło do podobnej kompromitacji co z Manchesterem United.

sobota, 28 stycznia 2012

"Starać się nie brać tego zbyt poważnie, w końcu gra się dla przyjemności". Czy aby na pewno?

Tymi oto słowami Spike Lee "zakończył" filmik od firmy Nike, w którym ten znany reżyser opowiada o swoim synu i jego drużynie młodzików. Fakt, ten filmik ma już trochę czasu (no, góra 3 miesiące), ale wczoraj mnie naszła taka refleksja - "Czy na pewno gra się dla przyjemności". Otóż nie zawsze. To już zależy od konkretnej sytuacji. Z własnego doświadczenia wiem, że hasając po orliku jestem chyba jedną z najbardziej wesołych osób. Śmieję się ze wszystkiego. Z tego, że kolega nie trafił na pustą, że źle podał, że ja coś odwaliłem (na przykład wywaliłem piłkę za ogrodzenie). Na treningu w sumie tak samo, próbuję rozładować atmosferę. Mimo wszystko trzeba zachować pewien profesjonalizm (haha, dobre). No ale przychodzi pora na mecz ligowy i tam już nie ma zabawy. Oczywiście, jak się z kimś wygrywa to można się uśmiechnąć do kolegi w stylu "a żeś zagrał, haha", jednak gdy przychodzi faulować rywala... Zacytuję słowa Wojtka Szczęsnego, że od pewnego momentu na boisku staje się fiutem. No i w sumie racja.
Ale trochę też nie na miejscu jest porównywanie grania w lidze okręgowej do zawodowego. Otóż w tym drugim piłkę nożną traktuje się jak pracę. No bo z tego się żyje w sumie. A taki ja to mam jeszcze perspektywę wybrania innego zajęcia lub zawodu, jak kto woli i nie muszę się przejmować, że w ostatnich trzech kolejkach przegraliśmy 3 mecze. Jednak jako kapitan swojego zespołu powinienem. No i się przejmuję, bo tak czy siak chcę gdzieś z tą piłkę dalej zajść. To już inna historia, ale wracając do tematu...
Tak, podczas meczu zazwyczaj fauluje się z premedytacją. No i tutaj nie ma, jak wspomniałem, chwili na śmianie się. Faulujesz rywala, gestykulujesz coś w stylu "ups, nie chciałem", przepraszasz rywala, ewentualnie dyskutujesz z sędzią. Nadepniesz kogoś? Niekoniecznie musisz powiedzieć "sorka". Na osiedlowych boiskach czy też orlikach w 99% przypadków jest o niebo milej (nie licząc turniejów jakichś). Bo grasz w swoim gronie. Nadepniesz kolegę - nie chcesz wyjść na chama - to mówisz to "sory" a on na tu "luz".
Dlatego widać różnicę. Granie dla przyjemności jest na orliku, z kolegami, gdziekolwiek. Ale nie na prawdziwym boisku na prawdziwym meczu. Tam trzeba być ostatnim chamem. Szacunek - owszem - ale nie dla nóg rywala.